2012|04|28

XIII Konferencja ds. Handlu i Rozwoju

Dr Marek Bańczyk występował w roli eksperta na UNCTAD XIII w Doha (Katar), w ramach Programu Kreatywnej Gospodarki ONZ.

2011|10|26

Start Konsorcjum Marki Poznań

Koncepcję projektu opracował Instytut IKER.

2011|04|05

Miasto Poznań super marką

Miasto Poznań otrzymało nagrodę dla najsilniejszej marki w Polsce, marki konsekwentnie budującej wizerunek otwartej i nowoczesnej metropolii.

PUBLIKACJE » [Forbes] Euro 2012, czyli pociąg zaprzężony w charty

Marek Bańczyk, "Forbes"
Cokolwiek się stanie lub nie stanie w osławionym roku 2012, jego piętno nosimy już dzisiaj. Wszyscyśmy się przecież upili euforią radosnej nowiny, a wielu do teraz nie wytrzeźwiało. O wpływie Euro 2012 na rozwój Polski piszą wszyscy i wszędzie.
Bezpośrednim katalizatorem niniejszego artykułu jest krótki tekst Jacka Fedorowicza "Co po 2012?" zamieszczony w "Gazecie Telewizyjnej nr 144". Jest to artykuł o tyle ważny, że: 1) jest świadectwem skali euromanii, 2) ujawnia tęsknotę za rozsądkiem przy równoczesnym dotkliwym braku argumentów.
Na tle euforycznych bzdur, które wypisuje się o Euro 2012, Fedorowicz chyba czysto intuicyjnie wyczuwa absurd hurraoptymistycznych majaczeń i w tym miejscu ma rację. Piszę te słowa dobre dwa miesiące po wygraniu organizacji mistrzostw i nie mam wątpliwości, że kraj ogarnęła nEUROza. Na razie - w postaci manii, ale psychiatria uczy, że po manii prędzej czy później zawsze przychodzi depresja. Fedorowicz ma też rację, wykpiwając zbawienny wpływ piłki nożnej na rozwój polskich miast. Niemniej przyczyna tego, że sport nie będzie motorem rozwoju polskich metropolii, nie leży - jak sugeruje popularny satyryk - w słabości "wymienionych drużyn", tylko w specyfice samego sportu. Sport jest zjawiskiem gospodarczo mało istotnym. A pojedyncza dyscyplina - nawet piłka nożna - dla gospodarki ma znaczenie marginalne. Poza tym metropolie światowe, do poziomu których chcielibyśmy doprowadzić polskie miasta, nie zawdzięczają swojej pozycji rozwojowi sportu. Zjawisko takie jak metropolizacja poprzez sport w przyrodzie nie występuje.
Fedorowicz wymienia jednym tchem cztery kluby: Lech Poznań, Lechia Gdańsk, Arka Gdynia i Śląsk Wrocław, i podaje w wątpliwość ich zdolność do przyciągania na stadiony odpowiedniej liczby ludzi, którzy wygenerowaliby przychód dający tym obiektom opłacalność i społeczny sens istnienia. Niesłusznie. Jeżeli jest bowiem w Polsce marka sportowa, której wymiar jest zbliżony do standardów Europy Zachodniej, to jest nią właśnie Lech Poznań. Klub ten jest fenomenem społecznym w Wielkopolsce, a w skali Polski - niewątpliwym liderem wśród marek sportowych. O jego sile świadczy m.in. liczba sprzedanych karnetów. Lech plasuje się na poziomie ok. 40 proc. średniej dobrych wyników europejskich. Inne polskie drużyny - Legia czy Wisła - to zaledwie 10-15 procent. Aura otaczająca Kolejorza wydaje się też niezależna od realnych osiągnięć sportowych lub ich braku. Na stadion drugoligowego w pewnym okresie Lecha przychodziło więcej ludzi niż na wszystkie mecze pierwszej ligi razem wzięte. W tym kontekście nie dziwią tegoroczne transmisje meczów przy Bułgarskiej, podczas których wrzawa zagłuszała komentatorów CANAL Sport, ani świeże dane o frekwencji na poznańskim stadionie. Dane - podkreślmy - niedoszacowane, bo stadion ten po prostu nie mieści więcej kibiców. Uwzględniając częste w Poznaniu nadwyżki popytu nad podażą (np. bilety na mecz z Legią rozeszły się w kilka godzin na miesiąc przed wydarzeniem), można zaryzykować wniosek, że obecnie stadion o pojemności 40-50 tys. widzów ma w Polsce raison d'etre tylko w Poznaniu. Tylko tam stadion może żyć własnym tygodniowym rytmem, niezależnym od cudów w postaci przyjazdu The Rolling Stones. W pozostałych polskich miastach będzie to eksperyment.
Ważniejsze jest jednak coś innego. Choćby każde z miast Euro 2012 dorobiło się marki sportowej na poziomie Lecha Poznań, i tak nie zmieni to istoty zjawiska. Nasza nEUROza jest nieuzasadniona. Oddziaływanie gospodarcze sportu często porównuje się do oddziaływania kultury. Z dwóch powodów. Po pierwsze, i sport, i kultura są elementami tzw. ery gospodarki doznania, społeczeństwa spektaklu. Nie kupujemy już produktów, tylko wrażenia z nimi związane, otoczenie, nastrój konsumpcji itp. Zarówno sport, jak i kultura są niemal czystym doznaniem, ze śladową obecnością produktu. Jednak oprócz sektorów czystej kultury, takich jak sztuki wizualne, performatywne czy dziedzictwo narodowe, uważanych za rdzeń koncentrycznego modelu oddziaływania kultury (nazywane są również core art fields), istnieje cała gama dziedzin pokrewnych - przemysł kulturowy i sektory kreatywne - których znaczenie gospodarcze jest nieporównywalnie większe niż znaczenie kultury czystej.Do takich dziedzin należy fonografia czy design. Sport nie ma analogicznych dziedzin pokrewnych, podrzuca co najwyżej inspirację niektórym sektorom kreatywnym. Dlatego szeroko rozumiana kultura i sektory kreatywne mają olbrzymie znaczenie gospodarcze, a sport - nikłe. Obroty wszystkich klubów Premiership w roku 2005 to ok. 2 mld euro. Już w roku 1997 sam sektor designu w Wielkiej Brytanii generował wynik ponad 20 razy większy.
Druga przyczyna zestawiania gospodarczych efektów sportu i kultury polega na tym, że do przewidywania efektu gospodarczego obu zjawisk wykorzystuje się tę samą metodologię (EIM - economic impact model). Między innymi z nieznajomości tej metodologii wynikają różne banialuki wypisywane w polskiej prasie na temat gospodarczego wpływu Euro 2012. Owe mityczne setki milionów przywiezionych do Portugalii czy dziesiątki tysięcy nowych miejsc pracy. Większość liczb używanych przez entuzjastów efektów gospodarczych sportu jest w najlepszym wypadku wielokrotnie przeszacowana. EIM opiera się na założeniu, że pod wpływem jakiegoś wydarzenia (tzw. mega event, jak np. Euro 2012, EXPO) na jakiś ściśle określony obszar napływa określona suma pieniędzy spoza tego obszaru lub że pod wpływem danego wydarzenia z obszaru nie wypływa określona suma pieniędzy.
Obliczenie realnego efektu gospodarczego polega w EIM na możliwie dokładnym przewidzeniu, ile pieniędzy wpłynie ze względu na wydarzenie, odjęciu od tego wszystkich spodziewanych kosztów ponoszonych na obszarze analizy oraz wszystkich wycieków (leakage), czyli wydatków transferujących wpływy momentalnie poza obszar analizy. Od ostrożności w szacowaniu wpływów i konsekwencji w odejmowaniu kosztów i wycieków zależy powodzenie metody. Jeden ze specjalistów analiz EIM zarówno w zakresie sportu, jak i kultury, amerykański ekonomista Bruce A. Seaman, profesor Georgia State University, zasłynął nawet wprowadzeniem podziału na NEIM i SEIM, czyli naiwne i wysublimowane postacie analizy EIM. Te pierwsze cechują się beztroskim zsumowaniem wszystkich możliwych wydatków związanych z wydarzeniem, nierzadko pomnożonym przez zawyżony multiplikator regionalny (współczynnik używany do określenia tzw. pośredniego i indukowanego efektu gospodarczego). Równie dobrze można pocieszać się stanem konta oszczędnościowego, patrząc tylko na stronę "Ma".
To właśnie dzieje się w Polsce. Poza tym przy rozpatrywaniu efektu dla samych miast bardzo ważne jest precyzyjne zakreślenie obszaru analizy. Na przykład na ok. 64 mln euro przywiezione do Portugalii przez turystów zmierzających na mecze w miastach Braga i Guimaraes, 30 mln wydano w innych miastach turniejowych, 15 w innych miastach nieturniejowych, a 4 - w sąsiedniej Hiszpanii. W samych Braga i Guimaraes ostało się mniej niż 25 proc. kwoty ogólnej. A to dopiero początek odejmowania.Z USA pochodzi najwięcej danych empirycznych i literatury krytycznej. Prof. Philip Porter z University of South Florida w głośnej publikacji z 1999 r. zakwestionował i opłacalność ekonomiczną organizowania wielkich imprez sportowych, i zdolność EIM do wyłapania wszystkich minusów. Skupił się on na obliczaniu efektów widowisk typu Super Bowl, prawdziwego święta futbolu amerykańskiego (finałowa rozgrywka National Football League), ale wnioski rozszerzał również m.in. na olimpiadę w Atlancie. Nawet najbardziej konserwatywnie obliczony wynik EIM najczęściej nie uwzględnia dwóch negatywnych zjawisk: 1) utraty korzyści alternatywnych z turystów, którzy pod wpływem wydarzenia zaniechali przyjazdu, 2) negatywnego wpływu krótkich i wysokich wahań popytu na podaż. Prace pary ekonomistów Baade-Matheson zawierają natomiast najbardziej kompleksowe zestawienie błędów i przeszacowań analizy gospodarczej sportu. Na przykład realne efekty Super Bowl (badano edycje z 11 lat) przynoszą ok. 12 proc. tego, co przewidywały raporty EIM ex ante. Większość imprez sportowych wychodzi na zero, część (np. bejsbol) - na minus. Analizując wzrost realnych dochodów ex post, autorzy ci podają w wątpliwość ekonomiczną sensowność organizowania nawet wielkich imprez typu mistrzostwa świata w piłce nożnej czy olimpiada, zwłaszcza w krajach rozwijających się. Przykład? Pomimo olbrzymich kosztów wpływ netto na liczbę turystów podczas MŚ w Korei był zerowy. W okresie mundialowym przyjechało znacznie więcej europejskich turystów, ale ubyło wielu japońskich regularnych biznesmenów. Z takiej substytucji nic dobrego dla gospodarki nie wynika.Nie twierdzę, że Euro 2012 jest przekleństwem. Staram się tylko zawrócić dominujący obecnie prąd myślowy, zgodnie z którym sport ma być motorem rozwojowym polskich miast. To jest rozumowanie postawione na (nie w pełni trzeźwej) głowie. To nasze miasta, mające obecnie z różnych powodów szanse na wejście w sieć europejskich metropolii, mogą poprawić oblicze polskiego sportu, a nie odwrotnie. Przemiana ośrodków regionalnych w metropolie, czyli miasta węzłowe w globalnym przepływie kapitału, ludzi i idei, sprzyja rozwojowi sportu. Wystarczy spojrzeć, gdzie lokują się czołowe kluby Europy. Miasta Ligi Mistrzów są przede wszystkim ośrodkami biznesu z pewnymi specjalizacjami (usług finansowych, designu itp.). Nie ma natomiast metropolii o specjalizacji biznesowej: sport. Nawet miasta olimpijskie Barcelona czy Sydney są głównie centrami gospodarczymi. To nie sport rodzi metropolie, tylko metropolie tworzą warunki dla narodzin wielkiego sportu. Wyścigi chartów są wspaniałym widowiskiem. Ale czy komuś wpadłoby do głowy, by zaprząc charty do ciągnięcia wagonów towarowych? Do tego celu służy lokomotywa. Gospodarka to takie wagony towarowe. Sport zaś nie jest lokomotywą gospodarczą, tylko pięknym i inspirującym elementem życia publicznego. Nie wkręcajmy go w rolę, której nie ma szans udźwignąć.

© Design by Besquare | powered by Design`94.pl